środa, 21 stycznia 2015

Birdman (2014) 4/6



Jeśli Amores Perros zwalił was z nóg, jeśli 21 gramów wbił was w fotel, a Babel poruszył najczulsze struny, to Birdman was zaskoczy i to dosłownie. Złapałam się na tym, że już wiem, że to jest oczywiste, że już wiadomo, co się wydarzy, a tu … znienacka dzieje się coś zupełnie innego. Oglądanie takiego filmu to czysta przyjemność.

Obsada jest fantastyczna, począwszy od ról głównych a skończywszy na trzecioplanowych i każdy zasługuje na wyróżnienie. Michael Keaton jest poruszający, Edward Norton w doskonałej formie, Andrea Riseborough - mglista (przypomina mi się od razu Shadow Dancer !), Naomi Watts jest taka teatralna, że aż miło patrzeć, Emma Stone pokazała pazur, a Lindsay Duncan, choć tylko w epizodzie – jak zawsze jest maksymalnie wyrazista.

Fabuły zdradzać nie będę, niemniej trzeba uznać ogromną odwagę Michaela Keatona, bo zagrał metaforycznie autobiograficzny film, odsłaniając się - ciągle metaforycznie - boleśnie i krwawo. Bo taka jest ta historia. Bolesna, choć opowiedziana lżej niż temat mógłby wskazywać. Walka głównego bohatera ze sobą, z krytykami, ze współpracownikami, o finanse, o rodzinę, po to, by pokazać, że jeszcze może coś znaczyć. Walka, która wydaje się być przegraną – to temat na komedię w wydaniu Alejandra Gonzáleza Iñárritu.
Polecam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz