Jeśli
Amores Perros zwalił was z nóg, jeśli 21 gramów wbił was w fotel, a Babel
poruszył najczulsze struny, to Birdman was zaskoczy i to dosłownie. Złapałam
się na tym, że już wiem, że to jest oczywiste, że już wiadomo, co się wydarzy,
a tu … znienacka dzieje się coś zupełnie innego. Oglądanie takiego filmu to
czysta przyjemność.
Obsada
jest fantastyczna, począwszy od ról głównych a skończywszy na trzecioplanowych
i każdy zasługuje na wyróżnienie. Michael Keaton jest poruszający, Edward
Norton w doskonałej formie, Andrea Riseborough - mglista (przypomina mi się od
razu Shadow Dancer !), Naomi Watts jest taka teatralna, że aż miło patrzeć,
Emma Stone pokazała pazur, a Lindsay Duncan, choć tylko w epizodzie – jak
zawsze jest maksymalnie wyrazista.
Fabuły
zdradzać nie będę, niemniej trzeba uznać ogromną odwagę Michaela Keatona, bo
zagrał metaforycznie autobiograficzny film, odsłaniając się - ciągle
metaforycznie - boleśnie i krwawo. Bo taka jest ta historia. Bolesna, choć
opowiedziana lżej niż temat mógłby wskazywać. Walka głównego bohatera ze sobą, z
krytykami, ze współpracownikami, o finanse, o rodzinę, po to, by pokazać, że
jeszcze może coś znaczyć. Walka, która wydaje się być przegraną – to temat na
komedię w wydaniu Alejandra Gonzáleza Iñárritu.
Polecam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz